Babciny świat

Babciny świat

3 października 2013 r.Sroka huśtała się na świerku, przedrzeźniając wrony. Nagle gałąź uderzyła o szybę szpitalnego okna. Na parapecie została garść zielonych igieł i dwie czarne lotki – niemi świadkowie ptasich zabaw. Szpital.

3 października 2013 r.Sroka huśtała się na świerku, przedrzeźniając wrony. Nagle gałąź uderzyła o szybę szpitalnego okna. Na parapecie została garść zielonych igieł i dwie czarne lotki – niemi świadkowie ptasich zabaw.
Szpital.
Odkąd pamiętam Babcia zawsze tam była. Zmieniały się tylko adresy i sale. Nigdy nic ją nie bolało. Nie chciała nikogo martwić. Miała swoje lepsze i gorsze dni. W te pierwsze, pragnęła wrócić do domu i raz jeszcze wyjść do ogrodu. W te drugie po prostu spała. Wyglądała wtedy jak pisklak, który niechcący wypadł z gniazda.
Tak było i teraz.
Leżała na łóżku, przytomna, ale słaba. Ze sztucznie podtrzymywanym ciśnieniem. Mówiła niewiele. Wolała słuchać, jak opowiadamy ja, Gabi i Piotr: o pracy, o pogodzie, o świecie. Staliśmy tak chwilę w milczeniu, patrząc na siebie. Nagle Babcia złapała oddech i zacisnęła go w sobie.
Rudy lekarz w okularach rzucił, że nie podejmie reanimacji, poczym wyszedł. W takich chwilach czuję, że zamiast paznokci mam scyzoryk. Na każdym z placów. Ale wtedy wszystko potoczyło się za szybko i na wszystko było już za późno. Krępa pielęgniarka wyprosiła nas z sali i Babcia utonęła w bieli prześcieradła.    
 
7 października 2013 r.
Ustaliłyśmy z Gabi, że nie będziemy nosić żałoby. Życie toczy się dalej i trzeba iść z nim ramię w ramię. Czarne rzeczy wyjmiemy tylko na sam pogrzeb.
Na szczęście z ubiorem Babci nie miałyśmy problemu. Na 15 lat przed swym odejściem Babcia zadecydowała, co chce mieć na sobie w „ten dzień”. Od dziecka mi to pokazywała. Otwierała ciężką, poniemiecką szafę i pokazywała kolejne półki – sukienka, rajstopy, bielizna, gromnica. Cała wyprawka na drugi świat. Babcia była przekonana, że odejdzie w domu. Nie chciała umierać w szpitalu, bała się. Ja jeszcze bardziej tego, że Babcia odejdzie przy mnie. Jeśli wejdę do domu, a tam trup? Nie daj Boże leżący na schodach albo na korytarzu. Co wtedy?
I w końcu przyszedł ten dzień – tak nagle.
Babcia poszła do Nieba nieumalowana. Sama nie wyszłaby z domu bez makijażu. Szczęście, że odeszła chociaż w wybranej przez siebie jedwabnej, ręcznie malowanej sukni. I w czarnych czółenkach – jak to ona. Elegantka, śledziła w telewizji trendy. Jednak za nic w świecie nie założyłaby spodni. Zawsze wyrychtowana, zawsze w sukience – nawet do lasu, na grzyby. To była jedyna radość, jaką ojciec obdarowywał ją w dzieciństwie. Nie wspominała go. Nawet w te dni, kiedy przeszłość i teraźniejszość dowolnie się ze sobą splatały. Nawet w jeden z tych dni, kiedy się zapytała:
– Co robisz, gdy chce ci się pić? Idziesz do pompy i nabierasz wody w ręce?
W babcinym domu hulała bieda. Dzieci dla smaku jadły chleb z cukrem, jabłek nazrywały sobie gdzieś w sadzie. Brak zabawek też nie był problemem. Wystarczyło bieliźnianym klamerkom dorysować węglem oczy, nosy, rączki i już była zabawa. A jak trafiło się łupinkę po dyni to i było łóżeczko dla lalki! Z dyni prababcia gotowała zupę.
Zupa to była sytość i stałość.
Do zupy musiał być zawsze chleb – chyba, że była to mozaika. Talerz gorącego mleka zasypany zacierką z mąki i wody. Koszmar dzieciństwa mojej Babci na szczęście nie stał się moim udziałem – na stole zwykle parowała waza pomidorowej albo ogórkowej, albo żur tak gęsty, że łyżka stawała. Na drugie danie pierogi okraszone skwarkami i polane tłuszczem, gulasz wołowy z wkrojonym weń kiszonym ogórkiem albo zrazy nadziewane chlebem, słoniną i też ogórkiem – to w tygodniu. Piątki były postne i mączne, bo Babcia miała awersję do ryb. Były więc kopytka z sosem, jabłka w cieście, placki ziemniaczane albo ryż gotowany z cukrem na mleku, a potem leżakujący w garnku pod pierzynami. Treściwy, gęsty, cudownie waniliowo-mleczny.
Tak to było i już nie wróci.
Stypa była krótka i dziwna, jak wszystkie wymuszone spotkania. Zrobiłyśmy ją poza domem, w kawiarence, niedaleko cmentarza. Byłyśmy z Gabi zestresowane, ale wyszło idealne i w dodatku nie padało. Tak jakby Babcia zadbała o ten dzień – ciepły i słoneczny, zupełnie jak nie październikowy.
Popołudniu poszłyśmy z Gabi do cukierni po ptysie, a potem zjadłyśmy wszystkie i drzemałyśmy na kanapach w domu w Zaciszu. Parzyłyśmy kolejne herbaty, żartując, że Babcia jest teraz aniołem. Kochała nas, jak tylko potrafiła i jak tylko umiała kochać. Kochała też nasz dom w Zaciszu, więc musi go strzec. Z pewnością nad nami czuwa, bo w końcu zmarły w Niebie też musi coś robić. Gorąco w to wierzyłyśmy.

8 października 2013 r.
Babcię pochowaliśmy między dwoma mężczyznami. Przypadek, a wyszło jak w życiu. Do końca kokietka. Do końca piękna. Nieznajomi dawali jej góra 70 lat, gdy Babcia była już dawno po „80”. Czas ją oszczędził, ale nie śmierć, zjawiając się punktualnie.
Na trumnie Gabi położyła kwiat słonecznika. Przyszli garbarze. Raz dwa wyciągnęli szpachle zza pazuch i już było po wszystkim.
Do pracy poszłam nazajutrz po pogrzebie.
Nikt nie dowiedział się o mojej żałobie. Nikt poza szefem. Nie wykrztusił z siebie słowa, gdy zadzwoniłam wtedy ze szpitala. Zreflektował się kilka dni później, ale czego można oczekiwać od wiecznego malkontenta? Biedaczynie nawet pogoda co dzień nie pasuje. Poza tym wszystko leci: praca, sprawy mniej i bardziej ważne... To dziwny czas – nie w czas.
Staramy się być z Gabi silne.
Popołudniu zabrałyśmy się za pokój Babci. Ostatni raz sprzątałyśmy go na fest, gdy Babcia trafiła do szpitala. To chyba wtedy wyleciały babcine nożyce i sczerniały Singier – na którym Babcia szyła dla siebie i innych. Teraz zostało niewiele. Przeniosłyśmy radio, regał, fotel. Zdjęłyśmy firany, zmęczonego Chrystusika na krzyżu i babciny portret wymalowany ręką dziadka. Amatorski, koślawy, gdzie Babcia ma wytrzeszcz oczu. Obraz miłości. Aż w końcu otworzyłyśmy drzwi wielkiej, poniemieckiej szafy i znów było trzeba poskładać w całość babciny świat. Włożyć dokumenty do koszulek do segregatorów, szpargały do pudełek, ubrania do reklamówek i wynieść je do garażu. Kiedyś wyniesiemy je do kontenera PCK. Musimy mieć tylko więcej sił. Musi tylko przestać lać deszcz.
Laura Larsson

Fragment większej całości.

...
Wydanie
Partnerzy:

Oficjalna strona magazynu "Natura i Ty" wydawanego przez Centrum "REA" od 2008 roku.
Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska. All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.