Dlaczego ćwiczę tai-chi

morze111_PLLZwróciliśmy się do znanego tłumacza, Feliksa Forbert-Kaniewskiego, który regularnie ćwiczy tai-chi, z pytaniem: dlaczego to robi? Oto jego odpowiedź.

Niedawno redakcja „Natura i Ty” zapytała mnie: dlaczego ćwiczysz tai-chi?

W pierwszej chwili żachnąłem się nieco, bo jak można zadawać takie pytania. A potem się zastanowiłem.

Jak to właściwie jest? Dlaczego od dwunastu lat chodzimy wraz z małżonką, Katarzyną Grelą, jak na nas w miarę regularnie, czyli dwa razy w tygodniu, a czasem częściej lub rzadziej, na przedziwne zajęcia, powiedzmy z grubsza tai-chi, choć dzieje się tam znacznie więcej.

Czy potwierdziły się choć trochę te niezwykłe legendy o nadzwyczajnych przeżyciach natury metafizycznej osiąganych rzekomo dzięki ćwiczeniu tai-chi?

Czy stan naszego zdrowia uległ jakiejś poprawie?

Może jesteśmy co rok młodsi, piękniejsi i mądrzejsi, choć trudno nam to zauważyć?

W końcu dwanaście lat to niezły kawał czasu i jeśli nic nam to nie dało, to czy nie lepiej będzie przestać, zacząć ćwiczyć coś innego?

Nie jestem tu obiektywny, spróbuję się więc odwołać do doświadczeń znajomych z grupy (i nie tylko), a także do obserwacji, jakie udało nam się z żoną zgromadzić przez te kilka lat.

Zacząłem od naszego mistrza i zapytałem Nama (Hai Bui Ngoc), wielokrotnego złotego medalistę Francji, mistrza Europy z 1995 roku , dlaczego uczy tai-chi.

– Bo muszę zarabiać na życie – odparł Nam. – Lubię to. A ludzie tego potrzebują.

W tym prostym stwierdzeniu zawarła się cała filozofia życiowa mistrza i nie wymaga to komentarza, choć pozwolę sobie jeszcze powołać się na jego słowa.

Przez te wszystkie lata poznaliśmy mnóstwo osób i widzieliśmy zachodzące w nich zmiany. Najbardziej spektakularnie wypadło to kilka lat temu, gdy na naszych zajęciach zjawiła się wraz z rodziną kobieta w średnim wieku. Ćwiczyli razem przez jakiś czas, chyba kilka miesięcy. W końcu zostały tylko ona i córka. Obie panie trenowały wspaniale, lecz matka była pełna złości, potrafiła zachowywać się agresywnie i niemiło. Nosiła nawet koszulkę z napisem „Przerażam własną rodzinę” wykonanym krwawym, gotyckim liternictwem. Po kilku latach złagodniała, stała się bardziej wyciszona, wręcz wygładziły jej się rysy i poprawiła się sylwetka. Potrzeba było na to czasu. Nie oczekujmy więc zbyt wiele po dwóch tygodniach czy miesiącach, bo srodze się rozczarujemy.

Podobnie to odczują ci wszyscy łowcy silnych wrażeń, którzy czytali mądre teksty o „medytacji w ruchu” i będą chcieli jej doświadczyć już na pierwszych zajęciach, choć nie wiedzą, co czynią i o co tu naprawdę chodzi.

A jednak coś w tym musi być, inaczej nie warto się męczyć. Zapytałem więc o to od lat zaprzyjaźnioną z nami Kasię Miernicką, prowadzącą alternatywne zajęcia z tai-chi i qigong.

– Dlaczego uczę tai-chi? – uśmiecha się Kasia. – Na początku lat 90-tych, będąc młodą, początkującą aktorką (...) czułam, że się dosłownie „spalam”. Przeżyłam autentyczny kryzys i przemianę związaną z potrzebą „życia w odwadze bycia sobą i w zgodzie z prawdą”. Zaczęłam poszukiwać wiedzy i metod, które mi w tym pomogą. I... znalazłam. Pojawił się mój pierwszy duchowy nauczyciel jogi i astrologii, pojawiła się stara sztuka ćwiczeń psychofizycznych tai-chi i autentyczny chiński mistrz tej sztuki, potem jeszcze jeden i jeszcze następny.

Tai-chi najszybciej mi pokazało, że największym zarówno wrogiem, jak i przyjacielem jestem jedynie sama dla siebie... Można skrócić trening, wymigując się „ciekawszymi” zajęciami, ale tylko po to, żeby wpaść ponownie w ten sam wyścig z czasem, nakręcony rozhisteryzowanymi emocjami, czasami skrzętnie ukrywanymi...

Tai-chi nauczyło mnie, że harmonia jest w każdym z nas, że możemy ją burzyć lub po prostu za nią wędrować. Tomocne_PL mi wystarczyło. Chciałam się tym dzielić...

Porzuciłam karierę aktorską, zaczęłam uczyć, bo takie rozumienie i widzenie tai-chi dawało mi spełnienie, płynęło prosto z serca i stało się czymś najbardziej naturalnym.

Nam jest bardziej oszczędny w słowach. Mówi, że nie czuje się mistrzem, tylko uczy nas tego, co sam poznał jako dziecko w chińskiej szkole sportowej. Nie wspomina dobrze tego okresu. Surowa, drakońska wręcz dyscyplina. Woli, gdy jego uczniowie sami się motywują. To dla niego o wiele cenniejsze. A na zawodach i tak uczniowie Nama zdobywają medale. Nawet bez rygoru.

– Ja pokazuję wam, jak pracować – mówi. – Wy osiągacie efekty lub nie. Zależnie od tego, jak się staracie. Ale każdy ma szansę, i to w każdym wieku.

Według niego wszystko polega na koordynacji oddechowo-ruchowej. Trzeba tak długo powtarzać formę, aż ciało samo ją zapamięta. Wtedy harmonizuje się przepływ energii. Stajemy się bardziej wyważeni... Stop, znów się zapędziłem w teorię.

Pora spytać kolegów o praktykę.

Beata. Przychodzi chyba od samego początku. Wesoła, dowcipna, czasem uszczypliwa.

– Uszczypliwa? – protestuje Beata. – Czasem coś powiem, ale po cichu. Dzięki ćwiczeniom jestem lepiej rozciągnięta. Kiedy w pracy zrobiliśmy wypad na narty, jako jedyna nie miałam nazajutrz zakwasów. Mniej choruję, lepiej znoszę stresujące sytuacje.

Podobnego zdania jest Ewa, która zaczęła razem z Beatą.

– Szybciej się uczę, łatwiej zapamiętuję, no i lepiej radzę sobie z dziećmi.

Grzesiek nie stroni od bardziej dynamicznych form wu-shu. Często po zajęciach zaciekle „walczy z cieniem”. Porusza się płynnie, od razu widać, że dużo trenuje również w domu. Twierdzi, że rozładowuje w ten sposób napięcia z całego dnia, daje upust energii.

– To lepsze niż na kogoś nakrzyczeć – podkreśla, nie przestając ćwiczyć.

Nie wszyscy są tacy pilni, większość ogranicza się do zajęć dwa razy w tygodniu. To wystarcza do podtrzymania kondycji i nauki nowych form.

– Poznajecie nowe formy, żeby ćwiczyć umysł – powtarza Nam. – Stare macie zapamiętać „ciałem”, nowe nie pozwalają się wam nudzić na zajęciach.

A każda nowa forma to wyzwanie. Co z tego, że składa się z tych samych ruchów, kiedy ich sekwencje układają się w coraz inny splot. „Taniec”, jak określiła to pewna osoba, która kilka lat temu chodziła na zajęcia do innego mistrza, a teraz ćwiczy z nami.

Agnieszka oglądała treningi na boisku z okna na dziesiątym piętrze i pewnego dnia przyjechała na zajęcia rowerem. Została w grupie do dziś, a już minęło sporo czasu.

– Jestem o wiele spokojniejsza – mówi. – Łatwiej mi pracować z uczniami na lekcjach muzyki, prowadzić strony internetowe.

Wypada jeszcze wspomnieć o historii dziewczyny, którą tai-chi wyciągnęło z kalectwa. Teraz trenuje wu-shu i jest najszczęśliwsza na świecie. To oczywiście wyjątkowy przypadek.

Zabawne, że widzimy, jak z czasem się zmieniają różne osoby z naszej grupy, a jednak trudno im to stwierdzić i mówić na ten temat. Zastanawiają się przez chwilę, patrząc jakbym im zadał niestosowne pytanie. Korzyści z tai-chi? Przecież to oczywiste.

Chyba właśnie dlatego nie potrafiłem w pierwszej chwili powiedzieć, co nam dało te dwanaście lat zajęć i kilka obozów letnich. Jedno wiem, było warto. I jestem tego pewien. A kto nie wierzy, niech spróbuje.

Feliks Forbert-Kaniewski

 

 

Oficjalna strona magazynu "Natura i Ty" wydawanego przez Centrum "REA" od 2008 roku.

Wydawca Centrum "REA" Rena Marciniak-Kosmowska. All Rights Reserved. Wszystkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie i powielanie treści lub/i grafiki zawartej w tym serwisie bez zgody autora serwisu jest zabronione i chronione prawem.