Czy zdarzyło się wam utyć niepostrzeżenie blisko 25 kilo? W ciągu 5 miesięcy? Mnie się to kiedyś udało. No dobra, nie tyle niepostrzeżenie, co raczej nie dostrzegając problemu. Do chwili, kiedy nie dało się go już ignorować. Tyle że w tym momencie urósł już tak ogromnie (i w przenośnym, i w dosłownym tego słowa znaczeniu), iż wydawał się nie do rozwiązania…
Całe życie byłam szczupła, w ogóle się o to nie starając. Jadłam, co chciałam, ruszałam się różnie – raz dużo, na przykład w czasie urlopu w górach, raz niemal wcale, przenosząc się tylko zza biurka na fotel i odwrotnie (w ponure listopadowe dni na przykład), a moja waga wahała się w granicach 2 kg, nie więcej. I nagle coś się zmieniło. Po czterdziestce. Intensywnie wtedy pracowałam, nie miałam czasu na głupstwa takie jak spacer, rower, nie mówiąc już o siłowni, non stop siedziałam przy komputerze i… tyłam. Jasne, rejestrowałam konieczność nabywania ciuchów w większym rozmiarze, ale ciągle mi się wydawało, że to tylko chwilowe, więc starych nie wyrzucałam (tych ulubionych, oczywiście), licząc na to, że do nich schudnę, jak tylko będę miała trochę czasu, żeby się zająć swoim wyglądem. Gdy zrobi się cieplej, wyciągnę rower, na urlop pojadę w góry, jak dawniej. Przecież zawsze miałam dobrą przemianę materii…
Pewnego dnia siedziałam za biurkiem i nagle poczułam, że mi niewygodnie. Na moich udach leżał jakiś ciężar, na brzuchu poczułam nieprzyjemny ucisk. Odsunęłam nieco krzesło, żeby zobaczyć, co się dzieje i odkryłam, że… dolna część brzucha rozlewnie spoczywa na nogach. A w jego górną część wrzyna się kant blatu. Wiem, brzmi to strasznie głupio, ale przysięgam, że tak było! Dopiero wtedy dostrzegłam, co ze mnie jakoś tak podstępnie i znienacka wyrosło. Po raz pierwszy od miesięcy przyjrzałam się sobie uważnie i krytycznie. I wpadłam w popłoch. Najgorszy był ten zwisający brzuch, ale zwały sadła miałam praktycznie wszędzie. Weszłam na wagę – ponad 80 kilo! Jak, na litość boską, walczyć z czymś takim? Góry? Nawet całe Himalaje nie dadzą sobie z tym rady! Przy czym uświadomiłam sobie, że ostatnio dostaję zadyszki przy wchodzeniu na pierwsze piętro. Że pobolewa mnie kręgosłup, a na samą myśl o jakimkolwiek wysiłku zaczyna wręcz rwać… I już od dawna chodzę powolnym, dostojnym krokiem zamiast szybkim marszem jak kiedyś. A rower to się chyba pode mną załamie.
Wpadłam w porządny dołek psychiczny, co niestety nie wpłynęło negatywnie na mój apetyt. Przeciwnie – byłam teraz ustawicznie głodna. A może działo się tak już wcześniej, tylko nie rejestrowałam, ile jem? Najwyraźniej nie jestem typem anorektyczki – przemknęło mi w pewnym momencie przez głowę – skoro wiem, że nie powinnam, a żrę. Mimo poczucia winy. – Jak się w taką anoreksję wpada? – zastanawiałam się 5 dodatkowych kilogramów później. Dołek zamienił się w rzetelną depresję, bo skopało mi się również życie osobiste. Żal miałam właściwie nie do mojego byłego, tylko do siebie, bo kto chciałby żyć ze słonicą?
Próbowałam ćwiczyć, a jakże, jednak męczyło mnie to tak potwornie, że szybko rezygnowałam. Właściwie nic mi się w tamtym czasie nie chciało, nawet żyć…
Pomógł mi mądry psychoterapeuta, do którego wypchnęła mnie w końcu coraz bardziej zaniepokojona moim stanem przyjaciółka. Łatał rozmaite dziury w mojej psychice, ale też uświadomił jasno, że muszę schudnąć, bo nie potrafię się ze swoją tuszą pogodzić. Każde spojrzenie w lustro powoduje, że nastrój mi siada, kupowanie ciuchów przyprawia mnie o łzy, więc jego praca idzie właściwie na marne. Konieczna jest zatem rozsądna, niekoniecznie głodowa, za to konsekwentna dieta w połączeniu z ruchem. A że ruch przy tej tuszy i braku formy to dla mnie niewątpliwa męka, powinnam spróbować na początek pływania i ćwiczeń w wodzie. To forma aktywności jest bowiem odpowiednia dla każdego wieku i niemal każdego stanu fizycznego.
Pływanie – tłumaczył – a zwłaszcza ćwiczenia w wodzie nie tylko chronią przed otłuszczeniem, cellulitem, kłopotami z kręgosłupem, ale i przywracają energię. Poprawiają również nastrój – co udowodnili już Chińczycy 2000 lat temu. Nie bez powodu chińscy lekarze zalecali chorym na depresję przebywanie w wodzie. Już samo patrzenie na wodę nastraja pozytywnie, uspokaja, a ciągłe powtarzanie tych samych ruchów odpręża ciało i umysł, pomaga osiągnąć harmonię z otaczającym światem. Współcześnie zaś amerykańscy psychiatrzy udowodnili, że wielu osobom przebywanie w wodzie przynosi nie tylko wewnętrzny spokój, lecz wręcz wprawia je w euforię. Ruch w wodzie bowiem podnosi poziom serotoniny zwanej hormonem szczęścia.
Bez większej nadziei spróbowałam. I już przy pierwszym posiedzeniu na basenie okazało się, że zarówno wodne ćwiczenia, jak i pływanie są dla mnie o wiele przyjemniejsze niż domowa gimnastyka, nie mówiąc już o siłowni. Monotonne robienie przysiadów, wymachów, skłonów itd. nie tylko było dla mnie męczące, ale i… nudne. W wodzie się nie nudziłam. Uświadomiwszy to sobie, z większym entuzjazmem zaczęłam traktować radę pana doktora. Właściwie to nie był obowiązek, tylko rozrywka, choć nie ukrywam, że nie zawsze chciało mi się wyjść z domu, zwłaszcza przy paskudnej pogodzie. Perswadowałam sobie wtedy, że to lepsze niż pocenie się na rowerku stacjonarnym czy „brzuszki” na dywanie bez wychylania nosa z domu. A z wody wychodziłam odprężona, spokojniejsza i coraz częściej – zadowolona z życia. Po pewnym czasie okazało się, że także… coraz szczuplejsza! Jasne, że sadło nie zniknęło natychmiast, ale jednak regularnie go ubywało.
Zrzuciłam ponad 20 kilo, nie mam cellulitu ani depresji. I nie wyobrażam już sobie życia bez wody. Wszystkie urlopy spędzam nad jeziorem albo nad morzem. I każdemu, kto się nie boi wody, polecam taką terapię – wspaniałą dla ciała i ducha.
Warto 2-3 razy w tygodniu uprawiać wodną gimnastykę. Należy się do tego zaopatrzyć w specjalny pas, pomagający się utrzymać na wodzie w dowolnej pozycji. Wystarczy plastikowy, nadmuchiwany – jak dla dzieci.
Katarzyna Bury
Ruch w wodzie wspaniale rozluźnia mięśnie, pobudza i poprawia krążenie. Pomaga w chorobach narządów ruchu, zwyrodnieniach stawów. Pozwala szybciej odzyskać sprawność po złamaniach. Zapobiega osteoporozie. Koryguje skrzywienia kręgosłupa. Zanurzenie w wodzie odciąża go, rozluźniając mięśnie barków, tułowia i miednicy. Pływanie i wodna gimnastyka zwiększają pojemność płuc i ich wydajność, uczą prawidłowego oddychania. Gdy pokonujemy opór wody, na klatkę piersiową działają ogromne siły – pracuje wówczas nie tylko przepona, ale i wszystkie mięśnie oddechowe. Regularnie oddech dotlenia cały organizm – także mózg. Uwalnia on endorfiny poprawiające samopoczucie, likwidujące napięcie i stres.
Rozluźniają się właściwie wszystkie mięśnie, przy czym nie zostają nadmiernie obciążone – na siłowni mogą boleć, a woda zmniejsza ciężar ciała i niczego nie robi się w niej na siłę (dlatego przy pływaniu rzadko występuje efekt przetrenowania). Wszelkie ćwiczenia w wodzie usprawniają system nerwowy – pozorny brak grawitacji zmusza go bowiem do nieustannego kontrolowania pracy wszystkich grup mięśni. Dzięki nim następuje też poprawa perystaltyki jelit, wzmocnienie mięśni brzucha i w rezultacie brak zaparć, przyspieszenie przemiany materii. Są wspaniałym antidotum na zbyt wysokie ciśnienie krwi i problemy naczyniowe. Zmniejszają ryzyko wystąpienia udaru mózgu, zawału serca, cukrzycy, żylaków. Obniżają poziom cholesterolu.
Jest to idealna forma ruchu dla osób z nadwagą i niezbyt sprawnych fizycznie, a także dla kobiet w ciąży. Nie tylko uzdrawia, ale również przywraca młodość i urodę. Tarcie wody o skórę masuje ją, wygładza i drenuje, likwidując cellulit. Podczas pływania mocno pracuje górna część ciała, dzięki czemu następuje ujędrnienie piersi. Do tego podczas ćwiczeń i pływania w wodzie spala się więcej tłuszczu niż podczas podobnego wysiłku na lądzie – godzina pływania to 3 godziny szybkiego marszu – podczas jednego i drugiego można spalić do 1000 kcal! A w dodatku stwierdzono, że przy regularnym pływaniu wzrasta ochota na seks u obu płci.
OTO KILKA ĆWICZEŃ, KTÓRE MOŻNA ROBIĆ BEZ TRENERA.

1. Zanurzyć się tak głęboko, by nie czuć gruntu pod nogami. Ustawić ciało pionowo, rozrzucić ręce na boki, tak by tworzyły kąt prosty z tułowiem. Robiąc wdech, próbować klasnąć w dłonie za plecami, przy wydechu krzyżować ręce przed sobą. Powtórzyć 10 razy.

2. Wciąż utrzymując pozycję pionową, uginać nogi w kolanach i przyciągać je do klatki piersiowej, obejmując łydki rękami. Liczyć do 10. i wracać do pozycji wyjściowej. Powtórzyć 10-15 razy.

3. „Usiąść” w wodzie z wyprostowanymi nogami i ugiętymi w łokciach rękami. Prostując się, wychylać się do przodu, próbując chwycić dłońmi palce stóp, po czym wracać do pozycji wyjściowej. Powtórzyć 20 razy.

4. Wrócić do pozycji pionowej ze swobodnie opuszczonymi rękami. „Maszerować” w miejscu, wysoko unosząc kolana. Zrobić 50 kroków. Potem co 5 kroków wyrzucać raz jedną, raz drugą nogę wysoko do przodu – po 10 razy dla każdej nogi.

5. Ustawić się w wodzie w pozycji półleżącej – pod kątem około 45 stopni do dna. Robić rowerek, przebierając nogami przez około 5 minut.

6. Ustawić ciało pionowo, ręce wyciągnąć przed siebie na wysokości barków i wypychać jak najdalej do tyłu raz jedną, raz drugą wyprostowaną nogę, napinając przy tym jej mięśnie. Wykonać ćwiczenie 30 razy dla każdej nogi.

7. Wciąż pozostając w pozycji pionowej, z rękami wyciągniętym przed siebie i lekko rozchylonymi, wyciągać naprzemiennie sztywno wyprostowane nogi do przodu, próbując lewą stopą dotknąć prawej dłoni, a prawą stopą – lewej dłoni.

8. „Stojąc” w wodzie w pozycji wyprostowanej, rozrzucić ręce na boki, a biodrami robić obroty (jak przy modnym kiedyś hula-hoop) – 20 razy do przodu, poczynając od prawego biodra, potem od lewego, a następnie – również po 20 razy dla każdego biodra – do tyłu.